Kac był gęsty i pulsujący. Każde uderzenie serca Arek czuł w skroniach jak uderzenie gumowego młota. Prowadził samochód, modląc się w duchu — co było ironiczne, biorąc pod uwagę jego poglądy — żeby nie spotkać drogówki. Stłuczka, alkomat, utrata prawka — to byłoby ostateczne „sprawdzam" dla jego życia, które i tak od dłuższego czasu przypominało powolne tonięcie w bagnie. Powtarzał sobie, że pieniądze nie dają szczęścia, ale rano, gdy patrzył na puste konto i czuł ciężki wzrok szefa, ta mantra brzmiała jak kiepski żart.

W firmie nikt nie krzyczał. Czuł tylko ten specyficzny, biurowy ostracyzm — byli jak muchy, które bzyczą nad głową, irytujące, ale zbyt małe, by wywołać prawdziwe wyrzuty sumienia.

Tylko Jola, współlokatorka i koleżanka z działu, patrzyła na niego inaczej. Z odrobiną zazdrości kogoś, kto sam boi się urwać ze smyczy.


— Fajnie było? — zapytała na papierosie, chroniąc ogień przed wiatrem. — Martwiłam się, durniu.

— Zjawiskowo. Nie miałem jak dać znać. Krew odpłynęła mi z mózgu w zupełnie inne rejony.

— Zamknij się. Też bym chętnie „poszumiała". Słuchaj, jest opcja na wieczór. Impreza w kamienicy na Marszałkowskiej. Starzy znajomego wyjechali, mają z siostrą wolną chatę. Mogę wpaść z kimś, a Marty nie wezmę, bo narobi obory.

— Nie mam siły na dzieciarnię. Ile to ma lat? Dziewiętnaście?

— Chyba tak.

Arek skrzywił się. Wyobraził sobie nastolatków żłopiących ciepłe piwo i słuchających muzyki, której nie rozumiał. Ale myśl o powrocie do pustego pokoju i rozmyślaniu o „definicji szczęścia" była gorsza.

— Dobra. Jadę. Ale tylko jako kierowca. Dzień ascezy mi nie zaszkodzi.


Mieszkanie było wysokie, pachniało woskiem do parkietów i starymi pieniędzmi. Przywitał ich Baron — czarny terier rosyjski, wielki jak niedźwiedź i równie przerażający. Oprócz psa byli tylko gospodarze: Mateusz i Bernadeta. I Jakub, student, który pojawił się chwilę później z plecakiem pełnym butelek bez etykiet.

— Własnej produkcji — oznajmił Jakub, stawiając szkło na stole. — Żaden sikacz. Gwarantuję.

Potem czas zaczął przeciekać przez palce. Arek nie wiedział, kiedy dokładnie wieczór zmienił fazę. Salon wypełnił się gęstym, leniwym szumem rozmów i dymem, nikt nie pamiętał o otwieraniu okien. Muzyka — jakiś hipnotyczny ambient — sączyła się ze schowanych gdzieś głośników, wibrując w wysokich sufitach. Jola gdzieś zniknęła, pewnie w głębi apartamentu z Mateuszem. Bernadeta stała się milczącym cieniem w fotelu, mechanicznie gładząc szorstką sierść Barona.

Kolejne butelki z plecaka Jakuba traciły korki z miarowym, satysfakcjonującym pyknięciem. Arek czuł, jak plastikowy kubek wrasta mu w dłoń, a świat poza salonem — praca, brak kasy, brak perspektyw — przestaje istnieć. Został tylko ten stół, to wino i chłopak naprzeciwko, którego oczy wydawały się teraz nienaturalnie jasne w półmroku.


W pewnym momencie, gdy cisza między nimi stała się zbyt ciężka, Arek wyrzucił z siebie pytanie, które od dawna tłukło mu się po czaszce, choć nie pamiętał, co je wywołało.

— Studiujesz filozofię? — zapytał, a jego własny głos wydał mu się niski i obcy, jakby dobiegał z innego pokoju.

Jakub uśmiechnął się szeroko, ale w jego wzroku nie było wesołości.

— Można to tak nazwać. Mam status studenta, ale pogłębiam wiedzę poza murami uczelni. A filozofii i tak nie da się nauczyć. Albo czujesz, jak rozróżnić dobro od zła bez instrukcji obsługi, albo jesteś tylko kolejnym automatem.

— Każdy ma swoją filozofię — mruknął Arek, czując, że wino uderza mu do głowy nową, dziwną falą. — Ale ja mam dość bajek. Jestem agnostykiem, bo rzygać mi się chce od cudowności kościoła i tej całej „czarnej hołoty".

— Agnostykiem? — Jakub zachichotał, a dźwięk ten odbił się od ścian. — To bezpieczne. Ja mam gorszy problem. Jestem wierzący, ale w sposób, który mógłby wywrócić ci stolik do góry nogami.

Arek zaśmiał się ironicznie.

— Dawaj. Mój światopogląd rozpadał się już tyle razy, że kolejna rysa mu nie zaszkodzi.

Jakub spoważniał. Na stole stały jeszcze trzy butelki, a w pokoju nagle zrobiło się ciszej. Jola i Mateusz szeptali w kącie, Bernadeta wciąż nie odrywała wzroku od podłogi.

— Kościół to korporacja — zaczął Jakub. — Sprzedają marketingowe odpowiedzi na pytania, których sami nie rozumieją. Wybrali z historii to, co pasowało do budowy władzy. Zrobili boga z kogoś, kto był przede wszystkim człowiekiem.

— Jezusa? — Arek uniósł brew. — Załóżmy, że istniał. I co?

— I był normalny. Jadł, pił, sypiał z kobietami. Ale miał zestaw cech, których inni nie mieli. Uzdrawianie, chodzenie po wodzie... To nie były czary, Arek. To była biologia. On chciał, żeby ludzie byli dobrzy, bo tak jest sensowniej żyć, a nie dlatego, że boją się kija w postaci piekła.

— I za to go sprzątnęli?

— Sprzątnęli go, bo mieszał plebsowi w głowach. A potem ci sami ludzie zrobili z jego słów interes. Zbrodniczą organizację w majestacie prawa. A jego potomkowie? Musieli zniknąć.

Arek poczuł, jak kręci mu się w głowie. Wino działało mocniej niż powinno.

— Potomkowie? Chcesz powiedzieć, że po świecie biegają ludzie, którzy łażą po wodzie i zamieniają wodę w wino, tylko się z tym nie obnoszą?

— Dokładnie tak. Dziedziczą te zdolności, osobniczo zmienne, wiesz... Co by Cię mogło przekonać? — Jakub chwycił Arka za nadgarstek. Uścisk był nienaturalnie silny, zimny i suchy. — A gdybyś sam poczuł? Gdybyś dostał mały podarunek... odrobinę władzy?

W salonie zapadła absolutna cisza. Nawet Baron przestał dyszeć. Wszyscy patrzyli na Arka. Czuł, jak w miejscu, gdzie dłoń Jakuba dotykała jego skóry, zaczyna płynąć dziwne, mrowiące ciepło, które rozchodziło się po całym ciele, wymazując resztki upojenia i zmęczenia.

Jakub puścił go i uśmiechnął się — teraz ten uśmiech wydawał się Arkowi nieskończenie stary. Chłopak wstał, podszedł do stołu zupełnie pewnym krokiem, choć przed chwilą bełkotał i sprawiał wrażenie, że nie jest w stanie ustać na nogach. Nalał wina do pełna w plastikowy kubek Arka, nachylił się nad nim i szepnął prosto do ucha:

— Dobre wino?